Długo nie pisałam, bo… nie mam czasu. Znalazłam pracę, i cały tydzień robiłam. Pracuję w małej gastronomi i robię wszystko. A miałam być tylko kelnerką i obsługiwać klientów, a kucharz miał robić resztę. A wiecie co robię? Obsługuję klientów, stoję na zmywaku, robię wszelakie jedzenie: hamburgery, cheeseburgery, kebaby, kotleciki… Co klient zamówi. Za marne 6 złotych na godzinę. No ale to pierwsza praca, więc nie narzekam. Tylko moje nogi umierają. Ale ogólnie jest spoko. Ekipa fajna, tylko kucharz leń patentowany jak mało kto.

 

A poza tym, w piątek mnie okradziono. Straciłam cała torebkę z zawartością. Zawartość warta ok 1000 złotych. Telefon, ipod, portfel z dokumentami, bluzę, pojki treningowe, klucze… W sobotę, po pracy musiałam wymienić zamki w domu (papa wypłato) I o godzinie 17 przyszła do mnie jakaś laska i przyniosła mi kartę do bankomatu i dowód, które znalazła na ulicy. Tak się przejęła tym co się stało że 11 godzin mnie szukała, bo mieszkam na takiej ulicy, co nikt nie wie gdzie ona jest. A poza tym, mimo iż się nie znamy, już rozpuściła wici, że mnie ktoś okradł. Na policji też byłam, ale znając nasze organy władzy to ona go znajdzie pierwsza… A chwile później jakiś facet przyniósł mi moje prawo jazdy. Jednak istnieją dobrzy ludzie na tym świecie.

 

Szkiców zapisanych masa. Jak ostatnio pisałam notkę… obudziłam się rano z odbitą klawiaturą na policzku. Ale biorę się w garść i napiszę coś.